Powieści

O tej książce można pisać i pisać – moje wrażenia po lekturze książki “Słodkie Magnolie: Smak nadziei”, Sherryl Woods

Słodkie Magnolie: smak nadziei możecie już znać pod innym tytułem Ostatnia szansa. Można pomyśleć, że to kolejna książka o zdradzie. Mąż znalazł sobie młodszą, więc rujnuje swoje wieloletnie, poukładane i podobno szczęśliwe małżeństwo dla asystentki. Wywraca wszystkim życie do góry nogami, również sobie, a mieszkańcy miasteczka mają o czym gadać.

Przeskakując na kolejne strony, tak bardzo skupiłam się na treści, że dopiero gdzieś w połowie zrozumiałam. Temat zdrady jest w tej książce właściwie tylko wspomnieniem. Owszem, opuszczona żona musi poukładać sobie od nowa życie, nauczyć się być samotną matką, a w dodatku iść do pracy, bo dotychczasowe źródło finansów poszło sobie pod inny adres.

Jednak nie ma dramatów. I chyba to jest w tej powieści najpiękniejsze. Owszem, kobieta cierpi. Owszem, przeżywa i naprawdę jest jej ciężko. Ale nikt nie umarł. To nie jest tragedia. Trzeba się otrząsnąć i żyć dalej. Po prostu inaczej. Dla dzieci. I dzięki przyjaciółkom.

Tak, tak. Coś, co ja w tego typu powieściach po prostu uwielbiam. Wieczna, niezachwiana kobieca przyjaźń. I to nie w duecie nawet, tylko trójkącie. Bo tu sympatycznych pań jest dokładnie tyle, ile na okładce: trzy. I wszystkie trzy są cudowne.

Ja się zawsze zastanawiam, gdzie takie przyjaciółki znaleźć. Ale z nimi to chyba jak z tymi męskimi bohaterami: są… w wyobraźni autorów 😀 Nie znam kobiet, które by nie miały na swoim koncie choć jednej nieudanej przyjaźni, która miała być na całe życie.

Za to kocham te książki! Właśnie za takie przyjaźnie, o których człowiek nawet czasami marzył w dzieciństwie i za tych męskich bohaterów, o których się biedna dziewczyna naczyta w powieściach i potem rozczarowana spotyka… ropuchy zamiast książąt.

Ok, ale miało być pozytywnie. Bo mnie się naprawdę ta książka podobała! I tu już bez żartów. Pochłonęłam ją w jedno popołudnie.

Wracając do tematu głównego powieści. Szalenie podoba mi się pozytywny, rodzinny i jakiś taki ciepły klimat w książce. Choć okładka zapowiada historię kobiety, która po rozwodzie namówiona przez przyjaciółki zakłada z nimi firmę, to ja odniosłam wrażenie, że jest to bardziej wątek poboczny. Owszem, widziałam po kolei powstawanie tego spa od zalążka pomysłu aż do oficjalnego otwarcia lokalu. Ale nie na tym się skupiałam najbardziej.

Według mnie głównym tematem książki są dzieci bohaterki. Bo to o nich najwięcej mowa. One odgrywają tu największą rolę. Autorka postanowiła pokazać, jak na rozwód rodziców mogą reagować dzieci. Jak wpłynie to na nich. Dodała sobie pracy, bo dzieci są w różnym wieku, więc też mają zupełnie inne podejście.

Głównym “awanturnikiem” jest najstarszy syn ex-małżeństwa, ale pozostała dwójka też swoje dokłada po swojemu. Bardzo emocjonalnie opisane są różne stopnie rozczarowania i wahania od pogodzenia się z sytuacją, przez chęć znienawidzenia ojca, bo mama przez niego płacze.

“Przecież dobrze wiesz. Mało o tym rozmawialiśmy? Tata rzucił nas dla jakiejś cizi. Jak mam się zachowywać, gdy wiem, że mój ojciec jest cymbałem? Zostawmy już ten temat, bo mam go po dziurki w nosie” (str. 45)

Ale z drugiej strony przecież to tata, więc młodzieńcze serce jednak w głębi pragnie ojcowskiej uwagi. Dziecięce rozterki, dlaczego tata już z nami nie je kolacji.  Ten wątek został naprawdę pięknie ugryziony i rozgryziony. Ciężko się było od tego oderwać, bo ciekawość brała górę, jak jeszcze zareagują te dzieci na kolejne “genialne” pomysły swojego durnego ojca.

A ojciec zachowuje się chwilami naprawdę idiotycznie. Jego brak inteligentnego ogarnięcia niektórych sytuacji był momentami aż przekomiczny. Klasyczny przykład dobrych chęci, którymi jest droga do piekła wybrukowana. Szkoda tylko, że dzieci na to reagują jak byk na czerwoną płachtę, a on nadal nie ogarnia dlaczego. Ale co on TAKIEGO robi? No przecież chce dobrze. Fakt, że chce być ojcem. Naprawdę się stara. No właśnie. Ale to jego myślenie na drodze do bycia dobrym tatą… Chłopie, weź ty sobie mapę i znajdź drogę asfaltową. Brukowana ci nie służy. Albo leśną ścieżkę. Będzie bezpieczniej. Choć dla czytelnika na pewno mniej zabawnie.

Wreszcie mój ulubiony wątek. Bo na okładce został wspomniany Cal Maddox. Wypatrywałam księcia na białym rumaku już od pierwszego rozdziału. Jasne, że nie pojawia się za szybko, bo w końcu to nie ma być podłe romansidło z czworokątem na pierwszym planie. Ale gdy w końcu się pojawia, ja się rozpływam.

Kochani! Jakie ten facet ma podejście do życia! Jakie on ma podejście do dzieci! Jak on potrafi słuchać! Jak on potrafi pomyśleć! No ideał! Matko i córko, i wszystkie ciotki! I co? I jeszcze mi się tu wątek za szybko nie rozwija! Nie dość, że gość niczego sobie, to jeszcze wątek mniam 😀

Tu gratka dla fanek różnicy wieku. Bo szanowny ideał jest od naszej bohaterki ciut młodszy. A wisienka na torcie? Mama bohaterki. Babcia się autorce ewidentnie udała. Kocham takie panie 😀 Ona doskonale wie, że dzieci nie biorą się z kapusty. A jeszcze lepiej zdaje sobie sprawę z tego, że jej córka jest atrakcyjna. I ma świetne podejście do życia i ludzi.

Jestem zachwycona piórem Sherryl Woods. Kobieta potrafi tak powplatać różne wątki, że człowiek się nie nudzi, a jest ciekaw praktycznie każdego. Uwielbiam charaktery przypisane bohaterom. Tu trochę cukru, tu żyletek, tu trochę osła, a tam sowy. Żadna postać nie jest mdła, płaska i bezbarwna. No może poza moim cudnym Calem, ale on jest chodzącym ideałem, a wiadomo: ideał wad nie posiada.

O ekranizacji

Miało być krótko, a zaraz recenzja będzie dłuższa od samej książki. To jeszcze “dwa” zdania na temat ekranizacji. Ja naprawdę bardzo lubię produkcje Netflixa. Fajny mają klimat, w większości wciągają jak czarna dziura i pracują dla nich naprawdę urocze stworzenia, zwane dalej aktorami.

A tu po pierwszym odcinku miałam ochotę… zrezygnować z abonamentu. Wytrzymałam do trzeciego i… wciągnęłam się 😀 Dlaczego? Bo przestawiłam sobie myślenie.

Przestałam porównywać serial do książki i zapomniałam, że to ekranizacja. Jeśli potraktujecie go jako osobne dzieło, które jedynie zarys głównej fabuły i tytuł odziedziczył po powieści, to seans może się okazać naprawdę bardzo przyjemny.

Jeśli jednak szukacie wiernej ekranizacji, albo choć mocno zbliżonej? Uciekajcie. Bo tu więcej się nie zgadza niż zgadza. Ja w serialu znalazłam coś ekstra dla siebie. Dodatkowy wątek miłosny, którego w książce w ogóle nie ma. Całkiem fajnie się zaczynał, ale potem chyba hormony wzięły górę, tylko nie wiem, czy nad scenarzystą, czy tymi nastolatkami, które były centrum tego wątku. Życiowo, owszem. Ale dla mnie ciut słabo. Może drugi sezon jakoś to lepiej rozwikła.

Blondi w ciąży jest taką samą kretynką, jak w książce. Twórcy serialu nie zabrali jej tego wątpliwego uroku słodkiej niewinnej, która zupełnie nie rozumie, dlaczego dzieci jej ukochanego nie chcą się z nią zaprzyjaźnić. Przecież ona tak się stara.

I serialowa bomba! Helen. Ta kobieta jest CUDOWNA! W książce ledwo zwróciłam na nią uwagę. A w serialu jest tak charyzmatyczna, że ciężko się od niej oderwać, gdy akurat na nią patrzy obiektyw kamery. Nie znam aktorki, ale lepszej chyba wybrać do tej roli nie mogli!

Kosmicznym rozczarowaniem jest mój cudny Cal. Niestety serialowemu nie dość, że zabrali urodę (aktor nie wstrzela się w mój gust, niestety), to jeszcze brak mu tego uroku i niesamowicie inteligentnej oceny sytuacji, jaką miał książkowy. To, czym najbardziej ujął mnie książkowy, ten serialowy gdzieś tam zgubił. Były jakieś zajawki, ale jak dla mnie ZA MAŁO.

Powieść o nadziei na lepsze jutro, o kompletnych zmianach w życiu, takich z dnia na dzień. O sile przyjaźni i miłości. O błędach, z jakich człowiek może wyciągnąć wnioski, oby nie za późno. O rozterkach zarówno w młodziutkich, niewinnych serduchach, jak i tych starszych, bardziej doświadczonych. Trochę z humorem, tam gdzie trzeba – na poważnie.

“Rozsądni ludzie nie użalają się nad sobą, a szukają nowego celu” (str. 86)

Bardzo się cieszę, że mogłam przeczytać tę powieść i serdecznie ją Wam polecam. Serial też. Ale wiecie. Serial to tak bez porównywania z książką. Bo z porównywaniem będzie lipa 😉 Na plus jest fakt, że można sobie oglądać i czytać niezależnie i bez kolejności: książka -> serial. Bo nawet jak obejrzycie najpierw serial, to i tak książka powinna Was zaskoczyć i zaciekawić.

PREMIERA: 01.07.2020r.
Tytuł: Słodkie Magnolie: Smak nadziei
Autor: Sherryl Woods
Ilość stron: 368
Cena okładkowa: 38,99zł
Wydawnictwo: HarperCollins
Kategoria: powieść obyczajowa z wątkiem romantycznym
Moja ocena : 6/5


Za udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu HarperCollins. To był dobry wybór <3


 

komentarze 2

  • Kasia

    Ja najpierw obejrzałam serial i się zakochałam. Sięgnęłam po książki, bo zakończenie takie, że ja na już i na teraz chciałam widzieć, co będzie dalej. Teoche się zdziwiłam, ale zakochałam drugi raz i to tam mocno, że od razu pochłonęłam wszystkie cztery wydane w PL. To jest cudowna seria, pióro autorki jest świetne! Książkowa Helen zdecydowanie jest słaba, kolejne tomy nie zmieniły mojego zdani. Cieszę się, że tu wpadłam.

    A co do serialu jeszcze: ja już dawno przestałam porównywać, nie ma sensu i traktuje ekranizacje jako coś luźno opartego na książce. Od razu lepiej się ogląda. Poza tym ja bardzo lubię, jak zachowują główna oś fabularna, ale różnią się szczegółami, bo co go za frajda oglądać coś, co właśnie się przeczytało?

    Pozdrawiam cieplusio!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *